Hej, mam na imię Ve. No dobra, tak naprawdę wcale nie mam tak na imię. Kiedyś pisałam bloga, podpisując się swoim prawdziwym nazwiskiem i po prostu wiem, czym to grozi. Niby nic wielkiego, a jednak wystarczyło, żeby na kilka dobrych miesięcy zamknąć się w sobie, a potem z nerwów (łamane na frustracji) rzucić to wszystko w cholerę.  

Czy żałuję? Nie. Przez całe życie staram się wierzyć w to, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Niby od zawsze wiedziałam, że szczerość w internecie raczej nie powinna mieć podpisu. Teraz przynajmniej mam już co do tego pewność. No, także tego.

Dla jasności – nie chciałabym tutaj nikogo obrażać. W zupełności wystarczy mi to, że od czasu do czasu będę mogła powiedzieć prawdę.

Więc – jak już wspominałam – wcale nie mam na imię Ve. Od jedenastu dni jestem weganką, a od przynajmniej kilku lat osobą z poważnymi zaburzeniami. W dużym skrócie: ciągle wydaje mi się, że jestem za gruba, mimo że moje BMI nieustannie wskazuje wagę prawidłową. W każdym razie żywieniowo kręce się gdzieś pomiędzy instynktownym trybem życia (czyt. tostami pszennymi z Nutellą lub płatkami Nesquik z mlekiem na śniadanie) a fancy healthy lifestylem (czyt. tostami pełnoziarnistymi z masłem orzechowym i sojową jaglanką na podwieczorek). Swoją drogą, na obu „dietach“ potrafię tyć dokładnie tak samo.

Pracuję w międzynarodowej korporacji. Z jednej strony kocham to, co robię, a z drugiej strasznie się z tego wszystkiego śmieję. Często mocno cisnę i chce pokazać wszystkim, że jestem super, ale nie rzadziej myślę sobie, że to wszystko i tak nie ma dla mnie personalnie większego znaczenia. Póki co hajs się zgadza.

Od zawsze marzyłam o tym, żeby zostać blogerką. No dobra, przynajmniej od wtedy, od kiedy blogerki zaczęły oficjalnie na swoich blogach zarabiać. Teraz już chyba trochę za późno, żeby im dorównać, ale może przynajmnie j będę miała szansę dla Was trochę popisać.

No więc dzisiaj robię to (anonimowo i tak na spokojnie) po raz pierwszy. Dzień dobry.